RSS
środa, 22 września 2010
Pienza, 21 września

Byliśmy niedawno w Pienzie (mianownik: Pienza). To malutkie miasteczko niedaleko Montepulciano zostało zbudowane w XV wieku od podstaw przez papieża Piusa II. Wcześniej była w tym miejscu wioska, w której urodził się wyżej wymieniony papież jako Eneasz Piccolomini. Jak na papieża to postać dosyć niebanalna - bo oprócz tego, że zbudował sobie całe miasto według renesansowych zasad, to był poetą, podróżnikiem, pisał erotyki, a przy tym wszystkim był chyba też grafomanem, bo samej swojej autobiografii napisał trzynaście tomów.

Pienzę można obejść w 10 minut. Najpiękniejszym miejscem jest główny, kwadratowy plac z katedrą o białych ścianach i z Palazzo Picolomini po prawej. W bocznych uliczkach poupychane są niewielkie kamienice. Wszystko jest tu bardzo staranie wypielęgnowane – jak na podkolorowanych pocztówkach za 50 centów, wąskie zaułki, barwne okiennice i koty grzejące się na słońcu. Czuliśmy się wiec trochę jak w filmowych dekoracjach. Pomyślałem, że nawet to pranie malowniczo wiszące w oknach jest nieco przesadzone. W sensie – jest małe włoskie miasteczko, to powinno być suszące się pranie. I koty grzejące się na słońcu. Może jakiś departament turystyki w Pienzie sprawdza czy danego dnia mieszkańcy wywiesili pranie żeby turyści mogli sobie zrobić wystarczająco malownicze fotki…  

Pienza słynie też z serów pecorino, które sprzedawane są przy głównej uliczce. Smak zależy głownie od wieku sera i różnych dodatków, wiedzieliśmy między innymi pecorino z truflami. A propos toskańskich serów to intryguje mnie jest sprawa… Toskańczycy, i w ogóle Włosi, naprawdę mają kręćka na punkcie serów. Ale podczas tego pobytu, a z tego co mi się przypomina także podczas poprzednich pobytów w Toskanii, nigdzie nie widziałem ani kawałka pasącej się krowy czy owcy. Tu nawet nie ma pastwisk… Więc skąd oni biorą to mleko?

Koniec końców pobyt w Pienzie okazał się sukcesem. Najbardziej zachwycona pobytem w tej perełce renesansowej architektury była Zosia, bo odpoczywając w parku dostrzegłem niewielki plac zabaw. Zosia była zachwycona, bo przechodzi teraz „fazę kamyczkową”. A plac okazał się wysypany wspaniałymi kamyczkami, które można było bez końca wsypywać i wysypywać z wiaderka...

sobota, 18 września 2010
Montalcino, sobota 18 września

Mieszkamy przy piazza Marconi, na wzgórzu, kilkaset metrów od murów Montalcino. Centrum miasteczka można obejść spacerowym krokiem mniej więcej w dwadzieścia minut. Na nasze realia to byłaby właściwie trochę większa wieś. Ale w Toskanii nie ma czegoś co by przypominało polską wieś. Są tu albo pojedyncze duże domy osadzone na wzgórzach wśród winnic albo kilkutysięczne miasteczka, najczęściej o średniowiecznym rodowodzie - z murami obronnymi i domami stłoczonymi w centrum jeden przy drugim. Takie jest też Montalcino. U jednego końca znajduje się Fortezza – zachowane do dziś w znakomitym stanie umocnienia obronne, w których chronili się mieszczanie w razie jakichś potyczek z okolicznymi państwami – miastami (główna oś miejscowego konfliktu Florencja - Siena). Centrum Montalcino to podłużny plac, a właściwie placyk, Del Popolo. Na drugim końcu, po kilkuminutowym spacerze docieramy do Piazza Cavour. Na środku placu znajduje się kolisty skwer z drzewami, trawnikiem i ławkami na których przesiadują miejscowi emeryci.

To na Piazza Cavour zobaczyliśmy niedawno dosyć zadziwiającą postać… Mężczyzna, na oko siedemdziesięcioletni, klęczał na trawniku i wielkimi antycznymi nożycami przycinał źdźbła traw. Ubrany był w spodnie na szelkach i błękitną koszulę. Całości dopełniał słomkowy kapelusz i granatowy krawat. Na palcu złoty sygnet. Z twarzy podobny był do Gabriela Garcii Marqueza (szpakowate sumiaste wąsy). Skwer był bardzo wypielęgnowany – siedząc na ławce z Olą i Zosią od razu spostrzegliśmy, że to z pewnością osobista zasługa pana Marqueza.  

Dla znawców wina Montalcino kojarzy się natychmiast z Brunello di Montalcino, ponoć najlepszym aktualnie włoskim winem. Dlatego też spacerując po mieście natykamy się co kilka, kilkanaście metrów na enoteki. Można w nich popróbować i kupić Brunello lub Rosso di Montalcino. O winie jeszcze będzie okazja pisać, ale już powiem, że Brunello jest naprawdę warte grzechu, chociaż nie jest tanie. Ceny, w zależności od rocznika i wytwórcy zaczynają się mniej więcej od 20 euro. Rosso jest tańsze, ale nie polecam, bo od Brunello dzielą je lata świetlne. Jeśli wcześniej wypijecie Brunello, to Rosso wyda wam się słabą podróbką J Już lepiej kupić „zwykłe” Chianti Classico. O winie jeszcze będzie…

Lubiącym słodycze, którzy odwiedzą Montalcino polecamy cukiernię Mariuccia przy Piazza Del Popolo. Większość nazw ciastek jest trudna do wymówienia i nie posiada polskich odpowiedników. Te wyroby smakują niesamowicie – chociaż wyglądają bardzo normalnie - jak domowe wypieki, bez ozdobników, wisienek, lukru itp. Liczy się tylko smak i jakość. 

środa, 15 września 2010
Montalcino

No i od kilku dni jesteśmy w Montalcino…

Ale najpierw kilka słów o drodze. Wyruszyliśmy z Polski w środę w nocy. Było chłodno i padał deszcz. W Czechach to samo - więc nie jechało się zbyt dobrze. Tym bardziej, że czeskie autostrady pozostawiają sporo do życzenia i autostradami są głównie z nazwy. Niestety żeby przejechać przez Brno do Wiednia trzeba odpalić braciom Słowianom myto w postaci zakupu winiety.

Na terenie Austrii było już znacznie lepiej – jeśli chodzi o drogi. Trasę do Włoch ze względu na Zośkę zaplanowaliśmy na trzy, około pięćsetkilometrowe etapy. Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w Wiener Neustadt, konkretnie w Hotel Zentral, którego w tym miejscu szczerze nikomu nie polecam. Jest taka ankieta w dodatku turystycznym Gazety Wyborczej, w której ludzie mówią o różnych ciekawych miejscach. Jest tam też rubryka „Moja noga więcej nie postanie w…”. No wiec ja wpisałbym, że moje noga więcej nie postanie w Hotel Zentral w Wiener Neustadt. Dlaczego? Bo ręczniki w łazience śmierdziały stęchlizną, a korytarze i pokoje wydawały się przesiąknięte kurzem i dymem tytoniowym. Ogólnie wystój wnętrz mógłby uchodzić za nowoczesny, ale gdzieś tak na początku lat 60. Do tego trzeba dodać recepcjonistkę bez cienia uśmiechu i nocnego portiera, który – mam takie wrażenie – robił wielką łaskę podnosząc w nocy dupę zza kontuaru i otwierając drzwi wejściowe. Nie ratował ich nawet portret Franciszka Józefa w hallu… Jedyną miła osobą w tym miejscu była gruba Turczynka sprzątająca pokoje. Ktoś powie, że za 75 euro za noc nie można wymagać zbyt wiele. Tak, nie można wymagać zbyt wiele. Ale gdyby chociaż można było się wytrzeć w hotelowe ręczniki bez wstrętu… Jedyną zaletą Hotel Zentral jest to, że znajduje się rzeczywiście w centrum tego miasteczka, które dotychczas kojarzyło mi się jako miejsce urodzenia Andrzeja Bobkowskiego, autora „Szkiców piórkiem”. Więc skojarzenie było pozytywne.  Od kilku dni jest inaczej…

Później przejechaliśmy przez Dolomity. Zmieniła się też pogoda - było o wiele cieplej. Ludzie zaczęli uśmiechać się do siebie a capuccino z zajeździe przy autostradzie smakowało jak capuccino. Drugi nocleg mieliśmy w San Dona do Piave, w Hotelu Forte 48. To niewielkie miasto leży niedaleko Wenecji i, jak się zorientowałem, w dużym stopniu żyje z oferowania noclegów tym, których nie stać na hotel w samej Wenecji. Z czystym sercem mogę polecić Wam Hotel Forte del 48. Bo choć ogólnie standard było niezbyt wysoki, to obsługa bardzo miła. Monitorowany parking dostępny tuż przed hotelem. Było po prostu czysto i sympatycznie. A rogaliki na śniadanie świeże i chrupiące. Tego można wymagać za 75 euro i to dostaliśmy. No i pan portier ciągle zachwycał się Zosią – belissima, mówił…   

Ostatni etap do Montalcino pokonaliśmy dosyć szybko, odległość była już niewielka, niespełna 400 kilometrów i autostrady niesamowite, w wielu miejscach trzypasmowe. Za odcinek z San Dona do Florencji zapłaciliśmy niecałe 20 euro, ale warto było, bo jechało się szybko i bezpiecznie. Niedawno gdzieś przeczytałem, że podobno Włosi jako pierwsi w Europie zaczęli budować coś co sami nazwali „autostradami”. No a my wzięliśmy od nich nazwę tego typu drogi, ale jeszcze na pewno nie standard wykonania.

To na razie tyle. W kolejnym odcinku m.in. o tym jak smakują ciasteczka w cukierni Mariuccia – najlepszej w Montalcino J     

          

 

 

piątek, 23 lipca 2010
Montalcino / Wiener Neustad / San Dona di Piave

Wyjazd do Montalcino coraz bliżej. Zaplanowaliśmy trasę podzieloną na trzy etapy. Po drodze planujemy dwa noclegi, pierwszy w Wiener Neustad, drugi w San Dona di Piave. Chcemy startować bardzo wczesnym rankiem, żeby Zo jeszcze spała. Mam nadzieję, że nasze bobo jakoś to zniesie.

Powoli kompletujemy sprzęt. Kupiliśmy nowy, wygodniejszy fotelik samochodowy dla Zo, załatwiam wypożycznie bagażnika dachowego; wypełniliśmy papiery na karty EKUZ, ale jeszcze ich nie złożyłem, bo okazuje się, że są ważne tylko na dwa miesiące od chwili wystawienia, wiec najlepiej będzie jak dostaniemy je w ostatniej chwili. Poza tym w NFZ są podobno jakieś monstrualne kolejki. Być może pod koniec wakacji się to przewali.

środa, 14 lipca 2010
Toskańskie p i s a c t w o…

W ostatnim czasie dużo (może za dużo?) naczytałem się książek o Toskanii: Frances Mayes, Ferenc Mate, Marlena De Blasi, Tessa Capponi i jeszcze kilku innych, w tym polskich, autorów.

Prawda jest taka, że wszystkie te książki są bardzo do siebie podobne i mało interesująco napisane… To nie jest pisarstwo tylko takie bardziej  p i s a c t w o… Wszędzie pełno zachwytów nad dziełami malarzy, nad ludźmi, nad jedzeniem i nad spokojem toskańskich wzgórz… - i w zasadzie na tym się to wszystko kończy. Nuda – proszę państwa, nuda!

Ale może to nie jest wina autorów. Może o niebiańsko spokojnej Toskanii nie da się napisać nic interesującego. Piękno, spokój i dobroć są literacko mało produktywne…        

wtorek, 06 lipca 2010
A pani skąd się tu wzięła?

Moja córka Zosia ma 15 miesięcy. Wliczając okres ciąży jest już z nami dwa lata. Ale wiecie co? Wciąż mam takie chwile, kiedy zastanawiam się… skąd ona się wzięła w naszym życiu…

Wiem, że to brzmi dziwnie i mogę zaraz dostać podpowiedzi, że została znaleziona w kapuście czy że bocian… etc.

Ale nie. Chodzi mi raczej o to, że Zosia dzień po dniu staje się bardziej OSOBĄ. OSOBĄ z własnym charakterem, upodobaniami, dobrymi i złymi humorami… Początkowo była kimś, komu trzeba było zapewnić tylko najpotrzebniejsze pragnienia – jedzenie, sen, wytarcie pupy… Teraz to się zmienia… Z dnia na dzień widzę jak moja mała córka, bobas taki malutki, staje się OSOBĄ, postacią, charakterem… Wiem już co lubi, czego nie lubi, co ją bawi i śmieszy… I strasznie mnie to dziwi… Bo mam koło siebie nowego człowieka, który staje się OSOBĄ, osobowością, tuż przy mnie… Nie poznałem Zośki na imprezie, ani u cioci na imieninach, ani w szkole. Nie jest też koleżanką z pracy…

Zosia „staje się” Zosią dzień po dniu, tuż przy nas… Bardzo to interesujące jest. I co tu kryć – dziwne.  

 

czwartek, 01 lipca 2010
Cargo

Niedawno skończyłem mój pierwszy film. Właściwie to krótka, kilkunastominutowa etiuda zatytułowana CARGO. Czuję satysfakcję głównie z jednego powodu. Robienie filmu to rękodzieło. Wymyślanie historii, zapisywanie jej, rysowanie storyboardu, dobieranie aktorów, ekipy itd. Dziesiątki, setki, tysiące czynności, które w efekcie doprowadzają do tego, że po pewnym czasie powstaje jakiś ciąg obrazów, który można oglądać na ekranie… - mniejsza w tej chwili o to czy te obrazy są udane czy nie. Chodzi mi o to, że tworzenie czegoś konkretnego, namacalnego, jest bardzo przyjemne. Daje sporo satysfakcji. Robienie filmu jest jak robienie stołu czy szycie żagla. Czuję podobna satysfakcję jak w czasach gdy byłem bosmanem. Konkret.

Link do filmu, dwie części:

http://www.youtube.com/afitakademia#p/u/6/h1DVYJKuEJ0

http://www.youtube.com/afitakademia#p/u/7/rXoRLqkXnXw

poniedziałek, 15 marca 2010
Montalcino

Sporo u mnie pozmieniało się od czasu ostatniego wpisu na tym blogu. Ale to może stopniowo będę dopowiadał.

W każdym razie tematem na dziś jest Toskania. Byłem tam już kilka lat temu, sam – z plecakiem i namiotem. Drugi raz pojechałem z Olą. I teraz szykuje się trzecia wyprawa, tym razem z Olą i Zosią pojedziemy na dłużej. Zarezerwowaliśmy na dwa miesiące mieszkanie w Montalcino, od początku września do początku listopada.

Montalcino to małe miasteczko niedaleko Sieny, słynne z wina Brunello. Na razie przygotowujemy się do wyjazdu teoretycznie – czytamy książki i szukamy informacji w Internecie. Ciekaw jestem co z tego wszystkiego wyjdzie…

niedziela, 06 kwietnia 2008
UŚMIECHY POWSTAŃCÓW
Niedawno po raz drugi odwiedziłem Muzeum Powstania Warszawskiego. I znów byłem pod wielkim wrażeniem. Ekspozycja za pomocą prostych i plastycznych środków pokazuje, że Powstanie to było coś wyjątkowego, coś wielkiego, co w dziejach narodu zdarza się niezwykle rzadko… Przy okazji uświadomiłem sobie, że mnóstwo powstańczych zdjęć pokazuje… uśmiechniętych ludzi! Ci wszyscy młodzi warszawiacy, którzy zaraz zginą – są pełni optymizmu, pogody ducha, energii! Dziewczyny uśmiechają się zalotnie, chłopcy nieco zawadiacko… I widać, że to nie jest wywołane konwencją – „O, robią zdjęcie, trzeba się uśmiechnąć…”. Oni mają w sobie siłę, jaką może dać tylko beztroska młodość w połączeniu ze świadomością, że robi się coś w imię wyższego dobra….....
10:26, bosman70
Link Komentarze (2) »
środa, 14 listopada 2007
Znów na pokładzie
No więc wróciłem na pokład Chopina. Ale tylko na kilka dni. Wybrałem się w krótki rejs ze studentami po Zatoce Gdańskiej. Kapitanem był Ostry i zapowiadało się na ostrą żeglugę – silny wiatr i temperatury w okolicach zera. Ponad rok przerwy w pływaniu. Chodziłem po pokładzie i zbierało mi się na melancholijne klimaty. Na Chopinie niewiele się zmieniło, przez te kilka lat poznałem każdy kawałek tego statku jak własną kieszeń. Statek jest dosyć mocno zapuszczony, jak to zawsze po sezonie. Wiele drobnych rzeczy do naprawy. Aż mi się ręce rwały do pracy, ale to już nie moja rola. Pojawiło się kilka nowych żagli – fok, marsle i kilka kliwrów. Ładnie ciągną na mocnym wietrze. Załoga. Kucharzem jest nadal Marek – jak za moich czasów. Ostry kapitanuje w swoim stylu, niby nonszalancko i z dużym luzem, ale tak naprawdę mistrzowsko manewruje statkiem i lubi po prostu żeglować, czego nie dało się powiedzieć o wszystkich kapitanach pływających na Chopinie. Kurczak jest bosmanem. Kiedyś był moim pomocnikiem, ale muszę przyznać, że teraz całkiem się wyrobił. W piątek popłynęliśmy na żaglach pod Gdańsk, a potem w kierunku otwartego morza. Ale kiedy zaczęło naprawdę mocno przywiewać schowaliśmy się na Hel. Lubię to miejsce, szczególnie po sezonie. Jedna ulica, kilka pustych o tej porze knajpek. Można chodzić od jednej do drugiej - popijać piwo, opowiadać stare historyjki i grzać się przy kominku. Tak też robiliśmy i tym razem z Ostrym, Agą i Łukaszem. Jak daleki jest ten świat o tego, co mam na co dzień w Warszawie….
00:31, bosman70
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Favignana, Trapani, Erice (dzień 11-13)

Niewątpliwie najpiękniejszym miejscem, które odwiedziliśmy podczas naszej podróży po Sycylii okazała się Favignana w archipelagu wysp Egadzkich.

Do Praia – małego i jedynego miasteczka na Favignanie dotarliśmy wodolotem z Trapani. Już sam porcik okazał się bardzo malowniczy. Jak się później dowiedzieliśmy część mieszkańców do dziś trudni się rybołówstwem. Szczególnie w świecie znane są tutejsze połowy tuńczyka zwane „mattanza”. To dosyć brutalne i krwawe widowisko. W skrócie polega ono na zespołowym postawieniu wielu sieci-pułapek i stopniowym ich zacieśnianiu. W chwili kiedy ryby znajdą się w „camera della morte” dobijane są przez rybaków ręcznymi harpunami. Morze jest wtedy czerwone.

Sam łapałem kiedyś tuńczyki i wielkie dorady na haki ciągnięte za jachtem, ale nie chciałbym tego krwawego spektaklu oglądać…

*

Favignana z daleka wygląda dosyć dziwnie – mniej więcej połowa wyspy jest płaska jak stół, a z na drugiej części dominuje kilkusetmetrowa, skalista góra z ruinami jakiegoś zamczyska.

Nie jest to wielka wyspa, właściwie wszędzie można dotrzeć piechotą, ale bardzo popularne są tutaj wypożyczalnie rowerów, już za trzy euro można mieć rower na jeden dzień. Bardziej nowoczesne modele kosztują pięć euro.   

Zaraz po wyjściu z wodolotu na przystani zauważyliśmy mikrobus ze znakami campingu „Miramare” (WWW.egadi.com/miramare). Zapytaliśmy kierowcy czy właśnie tam jedzie i czy możemy się z nim zabrać. Cośtam mruknął, że tak i zabraliśmy się. Kiedy dojechaliśmy, okazało się, że pan kierowca jest Polakiem, który od wielu lat tu pracuje. W restauracji, która działała na terenie campingu pracowało także kilka dziewczyn z Polski.

Camping okazał się bardzo sympatyczny. Placyk wysypany był jasnym żwirem, łazienki i prysznice bardzo czyste. Bardzo fajna knajpka z jedzeniem. Wystarczyło przejść przez drogę i już było się nad brzegiem morza. Nie pamiętam już ceny za rozstawienie namiotu, ale chyba była dosyć rozsądna. Inna sprawa, że to było jeszcze przed sezonem, wiec wszystko było jeszcze dosyć tanie… Pan kierowca mówił, że latem camping jest pełny, wszystkie domki wynajęte, a namiotów nie ma gdzie postawić… Nie dziwiliśmy się temu, bo nam też Favignana spodobała się od pierwszego wejrzenia.

Samo miasteczko, choć było w nim zawsze trochę turystów, mimo wszystko zachowało swój charakter. W knajpkach w większości przesiadywali miejscowi. Lubiliśmy z Olą przychodzić tam na zakupy, po pyszny chleb, owoce i wino. Kilka razy popijaliśmy popołudniową kawę. Naszą wyobraźnie podsycał fakt, że w środku miasteczka były wielkie więzienie – i wyobrażaliśmy sobie, że siedzą w nim jakieś wielkie mafijne szychy, nie wiedzieć czemu w naszej wyobraźni wszyscy oni mieli twarzy aktorów grających w „Rodzinie Soprano” :)   

Któregoś dnia wypożyczyliśmy rowery i odbyliśmy rundę po całej wysepce. Zobaczyliśmy na własne oczy kilka błękitnych zatoczek, które wyglądały jak żywcem wzięte z tandetnej pocztówki. Już dawno temu, będąc na Karaibach, zrozumiałem, że taka prawdziwa, nieskażona przyroda jest w gruncie rzeczy kiczowata…

W czasie naszej rowerowej wycieczki odkryliśmy coś dziwnego… Zobaczyłem przy polnej drodze coś co wyglądało jak ruiny jakiejś starodawnej budowli, ale zakopane w ziemi. W wielkim kwadratowym dole piętrzyły się stosy kamiennych bloków jakby wyciągniętych z murów jakiejś antycznej warowni… 

Kawałek dalej znów coś podobnego… Okazało się, że to są… kamieniołomy… Tyle, że skała jest dosyć miękka (tuf wulkaniczny) i była wydobywana przez wycinanie piłami równych kamiennych klocków. Cała wyspa usiana była takimi opuszczonymi kamieniołomami – co wyglądało na pierwszy rzut oka bardzo dziwnie… Później dopiero zwróciłem uwagę, że wszystkie budynki na wyspie zostały zbudowane właśnie z takich bloków wycięty ze skały.

 

*

W czasie naszego pobytu na Egadach zrobiliśmy sobie jeszcze jednodniowy wypad do średniowiecznego miasta Erice – na wysokiej skale wznoszącej się ponad Trapani. Do Erice można dostać się normalną drogą, albo kolejką linową. Warto wybrać tą drugą opcję dla samego widoku na zachodnią część Sycylii i wyspy Egadzkie.

O Erice można by sporo pisać – ale powiem tylko, że warto je zobaczyć mimo, że sporo tu turystów. Wspaniałe wąskie strome uliczki, średniowieczne kościoły… Kiedyś czytałem taką książkę Roberta Gravesa „Córka Homera” – o ile dobrze pamiętam, to jej akcja działa się właśnie w Erice przez Greków zwanych Eryksem.

*

Spędziliśmy na Sycylii dwa tygodnie, praktycznie każdego dnia nocowaliśmy w innym miejscu. Sporo widzieliśmy, ale pozostał we mnie pewien niedosyt. Jeszcze zostało tyle miejsc do zobaczenia, że na pewno tam kiedyś wrócimy. Ja na pewno zapamiętam pewien wieczór na plaży w Canneto…

    

23:06, bosman70
Link Komentarze (2) »
środa, 15 sierpnia 2007
Ragusa, Palermo, Isola delle Femmine (dzień dziesiąty)

Pierwotnie chcieliśmy dotrzeć do Marsali jadąc wzdłuż południowego wybrzeża. Ale okazało się, że na tym odcinku nie ma linii kolejowej, a połączenia autokarowe są dosyć rzadkie. Postanowiliśmy więc przejechać Sycylię przez sam środek i wrócić na północne wybrzeże, by dotrzeć następnie do Trapani.

Wróciliśmy więc do Ragusy. Tam czekaliśmy kilka godzin na autokar do Palermo. A nie było łatwo, bo upał sięgał już 46 stopni.

Jadąc przez środek wyspy zrozumiałem dlaczego tak wielu Sycylijczyków emigrowało do Ameryki… Bo nawet dziś widać, że względna zamożność panuje tylko na wybrzeżu. Kiedy odjedzie się kilkanaście kilometrów w głąb lądu – widać już inny kraj. Spalone słońcem, puste i dosyć posępne wzgórza. Drzewa oliwne, winnice i stad kóz pasących się na kamienistych zboczach. Niewiele tu wsi. Ludzie mieszkają raczej w odosobnionych siedliskach. Wiele domów upuszczonych, z wybitymi oknami i zarwanymi dachami. Już na pierwszy rzut oka widać, że życie tu nie jest i nigdy nie było łatwe. 

Dojeżdżając w okolice Palermo widzieliśmy sporo pożarów. Paliły się łąki i krzaki przy drodze, ale w kilku miejscach płomienie były niebezpiecznie blisko siedzib ludzkich. Później, po powrocie do Polski, przeczytałem, że o spowodowanie części tych pożarów na Sycylii i w Kalabrii oskarżana była mafia. Jakie mogła mieć z tego korzyści? Takie, że firmy zajmujące się rekultywacją ziemi i lasów po pożarach są podobno w rękach mafii. A każdy taki pożar, to intratne zamówienie.

Palermo okazało się gorące jak piekarnik. Chociaż był już wczesny wieczór, słońce stało bardzo nisko – to mury i chodniki miasta były tak nagrzane, że nie czuło się najmniejszej ulgi.

Z Palermo chcieliśmy dotrzeć na niedaleki kemping w miejscowości Isola delle Femmine. Niestety z powodu pożarów pociąg kursujący na tej trasie nie odjechał. Po potężnym zamieszaniu w stylu włoskim okazało się, że będzie podstawiony zastępczy autobus. Cóż kiedy nikt nie wiedział ani gdzie, ani o której godzinie odjedzie. No ale odjechał, a później na każdej podmiejskiej stacyjce zbierał pasażerów. Co w rezultacie spowodowało, że podróż do Isola zamiast 15 minut pociągiem zajęła nam dwie i pół godziny autobusem. No ale w końcu udało się… Późną nocą dotarliśmy na Camping Internazionale La Playa (WWW.campinglaplaya.net).

21:43, bosman70
Link Komentarze (2) »
Punta Secca (dzień ósmy i dziewiąty)

Następnego dnia pojechaliśmy autobusem do Punta Secca – tym razem naprawdę niewielkiej rybackiej osady zaledwie kilka kilometrów od Marina di Ragusa. Kilka ulic wzdłuż morza, mała przystań i latarnia morska. Było już trochę turystów, ale przewagę stanowili miejscowi – wśród których widzieliśmy sporo śniadych, tunezyjskich twarzy.

Znaleźliśmy tam coś co się nazywało Agricampeggio – czyli pole namiotowe na terenie wielkiej farmy. Miejsce było dosyć tanie, a przy tym czyste i sympatyczne. Na powitanie dostaliśmy od właścicieli torbę z papryką, bakłażanami i ogórkami.

Do piaszczystej plaży mieliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów. Było dosyć ciepło, ale wiatr od morza łagodził upał. Niemniej jednak czuło się już gorące tchnienie Afryki.     

21:42, bosman70
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 sierpnia 2007
Catania, Syrakuzy, Ragusa, Marina di Ragusa (dzień siódmy)

Kolejny dzień rozpoczął się od długiego marszu na stację kolejową w Acireale. Po odczekaniu dwóch godzin udało nam się złapać pociąg do Catanii (pamiętacie taki serial z lat 80. „Ośmiornica”, w którym bohaterem był komisarz Corrado Cattani?). Już na początku naszej podróży postanowiliśmy odpuszczać sobie wielkie miasta, więc od razu pojechaliśmy dalej – autobusem do Syrakuz. Jednak, kiedy wysiedliśmy w Syrakuzach z klimatyzowanego autobusu, powalił nas na kolana ponad 40. stopniowy upał. Z żalem odpuściliśmy sobie i to miasto, bo nie sposób było oddychać, a co dopiero spacerować z plecakami w pełnym słońcu.

W przewodniku przeczytałem o Marina di Ragusa - małej osadzie rybackiej na południowym wybrzeżu. Tak! Tego nam było trzeba - chłodnej bryzy od morza i kawałka spokojnej plaży. Na dodatek był tam camping, z opisu w przewodniku – bardzo fajny. Wsiedliśmy więc do kolejnego autobusu i przez Avila, Noto, Modica, Ragusa – dotarliśmy do Marina di Ragusa.

*

Jest taki włoski pisarz Andrea Camillieri, który specjalizuje się w kryminałach (m.in. „Pies z terrakoty”, „Kształt wody”). Ich bohaterem jest niejaki komisarz Salvo Montalbano. Camillieri sytuuje akcję swoich wszystkich powieści na południowym wybrzeżu Sycylii, właśnie niedaleko Marina di Ragusa. Komisarz Montalbano mieszka w małym miasteczku Vigata niedaleko miasta Fela (oba te miejsca mają swoje pierwowzory w miejscowościach Licata i Gela).

Nie jestem jakimś zagorzałym fanem książek kryminalnych, ale co ciekawsze rzeczy śledzę na bieżąco. Zauważyłem, że w ostatnich kilku latach wykształcił się wyraźny katalog cech współczesnego kryminału – mówię tu oczywiście nie tyle o kryminałach „w ogóle”,  tych nastawionych przede wszystkim na rozwiązanie zagadki „kto zabił”, ale o powieściach z nieco szerszymi ambicjami literackimi, w których niejednokrotnie wątek kryminalnym to tylko pretekst.

Analizując kryminały Andrea Camillieriego, Henninga Mankella, Jean Cloud Izzo, Marka Krajewskiego czy Manuela Vazqueza Montalbana (tego znam najmniej) można bez trudu wynotować wspólne cechy.    

Główny bohater, to zawsze komisarz starszy wiekiem, nieco melancholijny i rozgoryczony życiem (nie wiem dlaczego, ale oni wszyscy mają dla mnie twarz francuskiego aktora Jeana Gabina, który grywał we francuskich filmach kryminalnych w latach 60.).

Komisarz na co dzień jest samotny. Gdzieś tam w tle majaczy jakaś kobieta, z którą niby jest związany, ale najczęściej mieszka ona w innym mieście czy nawet innym państwie. Autorzy dosyć sprytnie to wymyślają, bo niby ich bohaterowie mają jakieś mgliste życie miłosno erotyczne, ale właściwie ich partnerki im nie przeszkadzają zbytnio w życiu ani w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Bohater Camilieriego ma kochankę na północy Włoch, Kurt Wallander - bohater Mankella ma kochankę w którejś z republik nadbałtyckich. U obu tych autorów występuje ponadto identyczny motyw uchylania się przed wspólnym wyjazdem wakacyjnym w towarzystwie kochanki.       

Wszyscy bohaterowie osadzeni są w bardzo konkretnym geograficznie miejscu i samo to miejsce, opis krajobrazu, klimatu jest równie znaczący w powieści, co zagadka kryminalna. Zobaczmy:

Andrea Camillieri – komisarz Salvo Montalbano – Sycylia;

Henning Mankell – komisarz Kurt Wallander – Ystad; 

Manuel Vazquez Montalban - detektyw Pepe Carvalho – Barcelona;

Jean-Claude Izzo – komisarz - Fabio Montale – Marsylia;

Ian Rankin – inspektor John Rebus – Edynburg…

Co bardziej zabawne analogie idą jeszcze dalej – bo… we wszystkich tych kryminałach dosyć znaczącym motywem jest jedzenie… Właściwie można by ułożyć algorytm pod hasłem „jak stworzyć dobry współczesny kryminał”. Musisz wziąć nieco zmęczonego swoją pracą komisarza policji w starszym wieku. Komisarz musi mieszkać w malowniczym portowym mieście, powinien też jeść regionalną kuchnię…

Trzeba jeszcze wymyślić jakiegoś trupa, ale to w zasadzie już formalność… No ale odbiegłem od tematu, a chciałem tylko powiedzieć, że dojeżdżając do Marina di Ragusa wyglądałem klimatów z powieści Andrea Camillieriego…

* 

Kiedy dojechaliśmy do Marina di Ragusa – rzeczywistość okazała się skrajnie różna od tej odmalowanej w przewodniku. Mała cicha wioska rybacka okazała się przepełnionym nadmorskim kurortem. Tłum ludzi był taki, że na plaży trudno było znaleźć kawałek wolnego piasku… Trochę się wpakowaliśmy… Pomyślałem, że przenocujemy na tym miłym campingu i następnego dnia pojedziemy dalej. Cóż, kiedy już z daleka zobaczyłem na bramie campingu wielki napis CHIUSO – co oznacza ZAMKNIĘTE. Muszę przyznać, że trochę ręce mi odpadły i straciłem ducha. Zbliżał się zmrok, byliśmy bardzo umęczeni, a patrząc po okolicznych hotelach i pensjonatach widać było, że nie mamy najmniejszych szans na nocleg w jakiejś przystępnej cenie…

Odnaleźliśmy miejscową informację turystyczną, w której urzędowała bardzo miła pani, ale nie mówiła po angielsku… Dała nam dwa namiary na Bed & Breakfast i ruszyliśmy na poszukiwania. Pod pierwszym adresem dom był zamknięty na głucho. Zaczęliśmy szukać drugiego podanego nam miejsca… Niestety każdy napotkany Włoch kierował nas w inną stronę. Większość mówiło, że mniej więcej wie, gdzie to jest, ale podawała nam sprzeczne informacje. A my oddalaliśmy się od centrum miasteczka…

Później przypomniałem się, że jest pewna nacja, chyba to o Włochów chodziło, która generalnie wstydzi się niewiedzy i kiedy taki człowiek pytany jest o drogę, to nawet jeśli jej nie zna – to coś tam wymyśla… Podejrzewam, że my właśnie tamtego dnia wpadliśmy w taką pułapkę…

W końcu, przez zupełny przypadek, znaleźliśmy inny pensjonat. A właściwie Ola go zauważyła. Gospodynią była całkiem miła starsza pani, oczywiście mówiła tylko po włosku. Ponieważ byliśmy już strasznie zmordowani, to odżałowaliśmy kolejne 60 euro na ten nocleg. No ale gorycz wydania kolejnych nadprogramowych pieniędzy osłodziło nam to, że kafelki w łazience którą wynajmowaliśmy, były od Versace. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności uwiecznienia tego na zdjęciu…

21:02, bosman70
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2007
Alcantara, Acireale (dzień szósty)

W Taorminie można by spędzić z powodzeniem kilka dni nie nudząc się, ale ceny noclegów były zabijające więc postanowiliśmy ruszyć dalej.

Odpuściliśmy sobie wyprawę na Etnę, ale bardzo chcieliśmy zobaczyć wąwóz Alcantara (ja od razu przypomniałem sobie, że taką samą nazwę – Alcantara – nosi dzielnica Lizbony, w której często cumował „Chopin”. Później wyczytałem, że Rzymianie zbudowali ponad wąwozem most z bloków lawy który w czasie panowania arabskiego na Sycylii zwano Al Quantara. Arabowie siedzieli także na Półwyspie Iberyjskim, więc pewnie nazwa lizbońskiej dzielnicy ma takie samo źródło).

Okazało się, że w okolice wąwozu jeżdżą autobusy z samego centrum Taorminy. Podróż trwała około godziny. Warto było, bo widok był bardzo ciekawy. Na dole kilkudziesięciometrowego wąwozu płynęła lodowato zimna woda. A po bokach wysokie, prawie pionowe skały. Podobno Arabowie hodowali w tej rzece krokodyle, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć, bo takie w sumie ciepłolubne gady długo by nie wytrzymały.

Później wróciliśmy na dworzec kolejowy w Taorminie i okazało się, że właśnie tego dnia odbywa się strajk kolei. Po dłuższym oczekiwaniu trafiliśmy na autobus jadący do Acireale. Z przewodnika wynikało, że to może być ciekawe miejsce, więc wsiedliśmy.

Niestety Acireale okazało się ponure jak murmańska noc polarna. Brzydkie, nieciekawe, smutne… Niby było tu w centrum miasta sporo barokowych pałaców – ale wszystkie zaniedbane. Wiele chodników, ulic i jezdni wykładanych było czarną, wulkaniczną skałą – co pogłębiało nastrój przygnębienia.

Jeszcze bardziej przygnębił nas camping Panorama przy Via San Caterina 55 (www.panoramavillage.it). Chociaż placyki do rozbijania namiotów były ocienione i dosyć przyjemne (ładny widok w kierunku morza), to cały camping był po prostu brudny. Umywalnie dosyć prymitywne, a drzwi do pryszniców przegniłe. Sklepik i restauracja nie działały. W pewnym miejscu stał nawet wrak przeżartego rdzą samochodu. Z wszystkich campingów, które w ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy na Sycylii ten był zdecydowanie najgorszy. Tak się dziwnie ułożyło, że ten dzień rozpoczęliśmy w ślicznej Taorminie, a skończyliśmy w ponurym Acireale.  

10:05, bosman70
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25